W końcu znalazłam się w Beverly Hills, w tym
rejonie byłam tylko 2-3 razy w życiu i to tylko przejazdem. Jak to każdy
określa- dzielnica bogatych snobów. Nie każdy mógł sobie pozwolić na mieszkanie
tutaj, drogie sklepy z odzieżą od największych projektantów, a w co drugim domu
mieszkał ktoś sławny. Nie lubię tutaj przebywać, czuję się jakoś nieswojo, wole
moje Long Beach, gdzie ludzie są uprzejmi a nie tak nadęci.
Liam podwiózł mnie pod samą rezydencję Ryana.
-Poczekać na ciebie?- zapytał.
-Nie trzeba, nie wiadomo ile to potrwa i nie chcę
żebyś nie potrzebnie tyle czekał, złapię taksówkę- nachyliłam się do niego i
pocałowałam w policzek- Dziękuję za dzisiaj- wyszeptałam mu do ucha.
-Przyjemność po mojej stronie, mam nadzieję, że
to powtórzymy, a tak poza tym to jeszcze tego ci nie mówiłem, ale wyglądasz
niesamowicie- złożył mi na ustach długi, gorący pocałunek.
-Dziękuję i też mam taką nadzieję, że to
powtórzymy- odpowiedziałam wysiadając z samochodu -Jedź ostrożnie.
Odpalił samochód i zaraz zniknął za pierwszym
zakrętem.
Otworzyłam bramkę, wcześniej wpisując kod, który
Ryan mi podał i weszłam na jego posesję. Całość otoczona była dużymi drzewami
iglastymi, że sąsiedzi nie mogli zobaczyć, co dzieję sie po drugiej stronie.
Stałam na wprost olbrzymiego budynku, przypominającą jakąś włoską wille, duży
taras, basen, zaczęłam się zastanawiać czy taki dom nie jest za duży dla jednej
osoby. Moje mieszkanie ma 3 pokoje i łazienkę, i w pełni mi wystarcza, a tutaj
pewnie jest ich aż z 20.
Drzwi wejściowe były niedomknięte, ale i tak
wolałam zapukać z czystej grzeczności. Nikt nie podszedł ani nie usłyszałam
żadnego dźwięku dochodzącego z wnętrza budynku. Chwilę poczekałam i weszłam do
środka. Znajdowałam się w ogromnym holu, wszystko powalało swoja czystością,
ściany w kolorze perłowym, w beżowych kamiennych płytkach na podłodze odbijał
się sufit, żyrandol pewnie od Tiffanie'go, posągi nagich ludzi, to wszystko
sprawiało, że miałam wrażenie, że znajduję się w jakimś muzeum lub w jakimś
domu zabytkowym.
-Jest ktoś w domu?- zawołałam.
Odpowiedziała mi tylko głucha cisza. Powoli
zaczęłam się już denerwować, że mogło coś się stać i przez głowę przeleciało mi
z 50 różnych czarnych scenariuszy.
Założyłam, że Ryan ma pokój na piętrze, więc
powoli udałam się prosto do schodów prowadzących na górę. Korytarz był pusty,
większość ludzi w takich miejscach wiesza zdjęcia swojej rodziny lub jakieś
obrazy, a tu wręcz przeciwnie. Znalawzłszy się na odpowiednim piętrze zaczęłam
otwierać każde drzwi po kolei czy nie ma w którymś Reynoldsa. Po przejrzeniu
wszystkich pokoi został mi tylko ostatni znajdujący się na końcu korytarza.
Wchodząc do pokoju uderzyło mnie, że różnił się
od pozostałych, tylko łóżko i meble zostały po dawnym właścicielu. Po
pomieszczeniu walały się puste butelki po alkoholu, ubrania porozrzucane na
wszystkie strony, nawet niedojedzone jedzenie stało na stoliku. To musiała być
jego sypialnia. Po drugiej stronie pokoju zauważyłam drzwi prowadzące do
łazienki. Nawet udało mi się znaleźć zgubę, leżał nieprzytomny zaraz koło kabiny
prysznicowej, a obok niego znajdowały się kolejne butelki.
-Ryan, obudź się. Tu Sky- lekko klepnęłam go po
policzku, ale nie zareagował.
Dopiero za 10 razem się ocknął.
-Sky?- wychrypiał otwierając oczy.
-Tak, to ja, a teraz wstawaj zaprowadzę cie do łóżka.
-Dzięki, że przyjechałaś.
-Gdybym wiedziała, że jesteś pijany nie byłoby
mnie tu- stwierdziłam sucho, pomagając mu wstać- Jak mogłeś znowu się nawalić,
dobrze wiesz, że jesteś pod ostrzałem a jeszcze robisz coś takiego?
-Naprawdę chcesz się o to teraz kłócić?-warkął-
Miałem swoje powody.
-A powiesz mi, chociaż, po co do mnie dzwoniłeś?-
zapytałam wkurzona, ale już nie uzyskałam odpowiedzi na to pytanie, całkowicie
je zignorował.
W końcu, gdy tylko wstał zawiesił się na moim
ramieniu i ruszyliśmy w stronę sypialni. Niestety stałam po złej stronie, bo
gdy runął na łóżko pociągnął mnie ze sobą tak, że znalazłam się pod nim.
Nie wiedziałam, co się dzieje do momentu, w
którym nie zoriętowałam sie, że nachla się nade mną by mnie pocałować. Jego
pocałunki sprawiały mi ból, jego usta były natarczywe, nie były tak delikatne
jak Liama. Nie mogłam złapać oddechu ani krzyknąć, zaraz po tym poczułam jak
zaczyna podnosić moją sukienkę. Wierciłam sie na wszystkie strony, żeby
przestał, bo już wiedziałam, do czego to wszystko zmierza, ale było to na nic,
nie ustąpił ani trochę. Jego pocałunki skierowały się w stronę zagłębień w
klatce piersiowej, dzięki czemu w końcu mogłam krzyknąć.
-Ryan, puść mnie, co ty robisz?!- nie zareagował.
Jego ogromne, leżące na mnie ciało,
uniemożliwiało mi jakiekolwiek ruch. Kątem oka zauważyłam, że się prostuje i
zaczyna rozpinać rozporek w spodniach. To była moja chwila szansy. Uwolnionymi
dłońmi i zaczęłam z całych sił okładać go po klatce piersiowej tak, że w końcu
udało mi się stanąć na równe nogi.
Zwrócił na mnie swój otępiały przez alkohol wzrok,
jakby teraz do niego doszło, co zamierzał zrobić, ale było już za późno, z
całych sił uderzyłam go otwartą dłonią w twarz. Zszokowany tylko się we mnie
wpatrywał a później opuścił spojrzenie na własne dłonie trzymające na kolanach.
-Jak mogłeś zrobić coś takiego?! Kim ty jesteś?!
Dorośnij do życia, a nie ukrywaj się za butelką jak jakiś smarkacz. Jak
chciałeś z kimś sie przespać to pomyliłeś numery, nie jestem jakąś tanią
dziwką! Jest mi cię żal, jeszcze nigdy nie spotkałam takiej ofiary losu jak ty.
Wytrzeźwiej i od jutra szukaj nowej asystentki, odchodzę- krzyczałam na całe
gardło dając upust emocją, które we mnie narastały od samego przybycia tutaj.
Odwróciłam się na pięcie, za plecami usłyszałam
jak cicho wypowiada moje imię, ale się nie odwróciłam, ruszyłam prosto do
wyjścia. Dopiero, gdy znalazłam się na świerzym powietrzu zdałam sobie sprawę,
że płaczę.
Idealny wieczór zmienił się w koszmar. Nic
gorszego chyba nie mogło mnie jeszcze spotkać.
Znalazłszy się za posesją Reynoldsa mogłam
spokojnie odetchnąć. Sięgłam ręką do torebki wyciągając komórkę, mając
nadzieję, że zadzwonię po taksówkę, ale nawet on odmówił mi posłuszeństwa,
jakby dwie godziny temu nie mógł się rozładował.
-Po prostu świetnie- westchnęłam poirytowana.
Niektórzy to wiecznie mają pecha i idą pod wiatr.
Wzięłam do rąk szpilki, czując odarcia na stopach i ruszyłam na najbliższy
przystanek autobusowy.
Po przejściu 300m udało mi się znaleźć upragnione
miejsce, ale okazało się, że najbliższy autobus jadący w stroną Long Beach jest
dopiero o 8.00, a nawet nie wiedziałam, która jest aktualnie godzina. Nad
horyzontem oznaczały się pomarańczowe pasma chmur, świadczące, że zbliża się
świt, więc musiało być między czwartą a piątą. Żałowałam, że pozwoliłam Liamowi
odjechać, tak straciłam szansę na szybki powrót do domu, może gdyby poszedł tam
ze mną ten wieczór skończyłby się całkiem inaczej.
Usiadłam na ławce, nagle całe zmęczenie z całego
dnia mnie dopadło. Oparłam głowę o szybę rozkoszując się jej zimnem. Zamknęłam
oczy i czułam jak moje ciało staje się coraz ciężejsze.
-Sky, Sky?!- ktoś wypowiadał moje imię.
Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam żółte stojące
Camaro na zajeździe dla autobusów. Dopiero po krótkiej chwili przyglądania sie
kierowcy uzmysłowiłam sobie, kto to jest.
-Taylor? Co ty tutaj robisz?- zapytałam
zdziwiona.
-Mógłbym zadać ci to samo pytanie, wskakuj,
podwiozę cię, bo chyba jedziesz w stronę domu?
-Tak, oczywiście, spadasz mi z nieba-
odpowiedziałam uradowana.
Od razu udałam się do samochodu, nawet nie
zastanawiałam sie nad tym. W tym momencie był moim jedynym wybawieniem.
-Coś nie najlepiej wyglądasz, chyba randka sie
nie udała?- powiedział zerkając na mnie, gdy wsiadłam do samochodu.
-Randka jak najbardziej się udała, a skąd w ogóle
o tym wiesz?- zapytałam, w końcu nic mu o tym nie wspominałam.
Podniósł tylko brew i sie domyśliłam, że to
sprawka Emmy.
-To jak na udaną randkę i tak wyglądasz
tragicznie, bez obrazy, coś się stało?- usłyszałam troskę w jego głosie.
-Jak byłam z Liamem to Ryan zadzwonił,
żebym przyjechała do niego. Sprawy się trochę pokomplikowały i tak oto
znalazłam się tutaj- nie byłam gotowa, żeby mu w tej chwili wszystko opowiadać-
A ty, co tu robisz?
-Z kumplami z drużyny mieliśmy tutaj imprezę.
-Czyli dużo alkoholu i mnóstwo dziewczyn-
podsumowałam.
-Coś w tym stylu- westchnął – Za parę dni zaczyna
się dla nas sezon. Tym razem mamy zamiar zdobyć Mistrzostwo Stanów.
-O to świetnie, będziemy wam kibicować i trzymać
kciuki, żeby się udało.
Wiedziałam, że można mu ufać, choć nie znałam go
długo, to i tak zdobył moją sympatię. Cieszy się dobrą opinią i jest naprawdę
dobrym chłopakiem, nie jest głupi i nie zrobiłby czegoś, co mógłby potem
żałować. Jednym słowem Emma to szczęściara, że go odnalazła.
Po 30 minutach znaleźliśmy się pod moim domem,
podziękowałam Taylorowi, wysiadając zauważyłam, że jest już całkiem jasno i
sąsiedzi już wyjeżdżali do pracy.
Powoli udałam sie do łazienki i całkowicie mnie
zamurowało jak zobaczyłam własne odpicie w lustrze. Taylor miał racje:
tragedia, makijaż rozmazany przez płacz, włosy rozczochrane i cała sukienka
pognieciona, zdjęłam ją jak najszybciej i poszłam pod prysznic, z każdą kroplą
gorącej wody moje mięśnie coraz bardziej się rozluźniały. Przebrana w swoją
ulubiony fioletowy top i w krótkie bawełniane granatowe
spodenki udałam się prosto do łóżka, gdy tylko położyłam głowę na poduszce i
zamknęłam oczy, od razu zapadłam w twardy sen.
A myślałam, że przez to opowiadanie polubię jeszcze bardziej Ryana, ale jest odwrotnie. Mama nadzieje, ze w końcu dotrze do jego głowy, jak powinno traktować się kobiety. Ugh!
OdpowiedzUsuńTAYLOR! Ahahaha *-* I ma żółte camaro, jeej.
I rozdział mi się podobał! Jak zwykle niepotrzebnie przesadzasz.
Życzę weny na następny rozdział <3