niedziela, 17 lutego 2013

Rozdział 7

W końcu znalazłam się w Beverly Hills, w tym rejonie byłam tylko 2-3 razy w życiu i to tylko przejazdem. Jak to każdy określa- dzielnica bogatych snobów. Nie każdy mógł sobie pozwolić na mieszkanie tutaj, drogie sklepy z odzieżą od największych projektantów, a w co drugim domu mieszkał ktoś sławny. Nie lubię tutaj przebywać, czuję się jakoś nieswojo, wole moje Long Beach, gdzie ludzie są uprzejmi a nie tak nadęci.
Liam podwiózł mnie pod samą rezydencję Ryana.
-Poczekać na ciebie?- zapytał.
-Nie trzeba, nie wiadomo ile to potrwa i nie chcę żebyś nie potrzebnie tyle czekał, złapię taksówkę- nachyliłam się do niego i pocałowałam w policzek- Dziękuję za dzisiaj- wyszeptałam mu do ucha.
-Przyjemność po mojej stronie, mam nadzieję, że to powtórzymy, a tak poza tym to jeszcze tego ci nie mówiłem, ale wyglądasz niesamowicie- złożył mi na ustach długi, gorący pocałunek.
-Dziękuję i też mam taką nadzieję, że to powtórzymy- odpowiedziałam wysiadając z samochodu -Jedź ostrożnie.
Odpalił samochód i zaraz zniknął za pierwszym zakrętem. 
Otworzyłam bramkę, wcześniej wpisując kod, który Ryan mi podał i weszłam na jego posesję. Całość otoczona była dużymi drzewami iglastymi, że sąsiedzi nie mogli zobaczyć, co dzieję sie po drugiej stronie. Stałam na wprost olbrzymiego budynku, przypominającą jakąś włoską wille, duży taras, basen, zaczęłam się zastanawiać czy taki dom nie jest za duży dla jednej osoby. Moje mieszkanie ma 3 pokoje i łazienkę, i w pełni mi wystarcza, a tutaj pewnie jest ich aż z 20.
Drzwi wejściowe były niedomknięte, ale i tak wolałam zapukać z czystej grzeczności. Nikt nie podszedł ani nie usłyszałam żadnego dźwięku dochodzącego z wnętrza budynku. Chwilę poczekałam i weszłam do środka. Znajdowałam się w ogromnym holu, wszystko powalało swoja czystością, ściany w kolorze perłowym, w beżowych kamiennych płytkach na podłodze odbijał się sufit, żyrandol pewnie od Tiffanie'go, posągi nagich ludzi, to wszystko sprawiało, że miałam wrażenie, że znajduję się w jakimś muzeum lub w jakimś domu zabytkowym.
-Jest ktoś w domu?- zawołałam.
Odpowiedziała mi tylko głucha cisza. Powoli zaczęłam się już denerwować, że mogło coś się stać i przez głowę przeleciało mi z 50 różnych czarnych scenariuszy.
Założyłam, że Ryan ma pokój na piętrze, więc powoli udałam się prosto do schodów prowadzących na górę. Korytarz był pusty, większość ludzi w takich miejscach wiesza zdjęcia swojej rodziny lub jakieś obrazy, a tu wręcz przeciwnie. Znalawzłszy się na odpowiednim piętrze zaczęłam otwierać każde drzwi po kolei czy nie ma w którymś Reynoldsa. Po przejrzeniu wszystkich pokoi został mi tylko ostatni znajdujący się na końcu korytarza.
Wchodząc do pokoju uderzyło mnie, że różnił się od pozostałych, tylko łóżko i meble zostały po dawnym właścicielu. Po pomieszczeniu walały się puste butelki po alkoholu, ubrania porozrzucane na wszystkie strony, nawet niedojedzone jedzenie stało na stoliku. To musiała być jego sypialnia. Po drugiej stronie pokoju zauważyłam drzwi prowadzące do łazienki. Nawet udało mi się znaleźć zgubę, leżał nieprzytomny zaraz koło kabiny prysznicowej, a obok niego znajdowały się kolejne butelki.
-Ryan, obudź się. Tu Sky- lekko klepnęłam go po policzku, ale nie zareagował.
Dopiero za 10 razem się ocknął.
 -Sky?- wychrypiał otwierając oczy.
-Tak, to ja, a teraz wstawaj zaprowadzę cie do łóżka.
-Dzięki, że przyjechałaś.
-Gdybym wiedziała, że jesteś pijany nie byłoby mnie tu- stwierdziłam sucho, pomagając mu wstać- Jak mogłeś znowu się nawalić, dobrze wiesz, że jesteś pod ostrzałem a jeszcze robisz coś takiego?
-Naprawdę chcesz się o to teraz kłócić?-warkął- Miałem swoje powody.
-A powiesz mi, chociaż, po co do mnie dzwoniłeś?- zapytałam wkurzona, ale już nie uzyskałam odpowiedzi na to pytanie, całkowicie je zignorował.
W końcu, gdy tylko wstał zawiesił się na moim ramieniu i ruszyliśmy w stronę sypialni. Niestety stałam po złej stronie, bo gdy runął na łóżko pociągnął mnie ze sobą tak, że znalazłam się pod nim.
Nie wiedziałam, co się dzieje do momentu, w którym nie zoriętowałam sie, że nachla się nade mną by mnie pocałować. Jego pocałunki sprawiały mi ból, jego usta były natarczywe, nie były tak delikatne jak Liama. Nie mogłam złapać oddechu ani krzyknąć, zaraz po tym poczułam jak zaczyna podnosić moją sukienkę.  Wierciłam sie na wszystkie strony, żeby przestał, bo już wiedziałam, do czego to wszystko zmierza, ale było to na nic, nie ustąpił ani trochę. Jego pocałunki skierowały się w stronę zagłębień w klatce piersiowej, dzięki czemu w końcu mogłam krzyknąć.
-Ryan, puść mnie, co ty robisz?!- nie zareagował.
Jego ogromne, leżące na mnie ciało, uniemożliwiało mi jakiekolwiek ruch. Kątem oka zauważyłam, że się prostuje i zaczyna rozpinać rozporek w spodniach. To była moja chwila szansy. Uwolnionymi dłońmi i zaczęłam z całych sił okładać go po klatce piersiowej tak, że w końcu udało mi się stanąć na równe nogi.
Zwrócił na mnie swój otępiały przez alkohol wzrok, jakby teraz do niego doszło, co zamierzał zrobić, ale było już za późno, z całych sił uderzyłam go otwartą dłonią w twarz. Zszokowany tylko się we mnie wpatrywał a później opuścił spojrzenie na własne dłonie trzymające na kolanach.
-Jak mogłeś zrobić coś takiego?! Kim ty jesteś?! Dorośnij do życia, a nie ukrywaj się za butelką jak jakiś smarkacz. Jak chciałeś z kimś sie przespać to pomyliłeś numery, nie jestem jakąś tanią dziwką! Jest mi cię żal, jeszcze nigdy nie spotkałam takiej ofiary losu jak ty. Wytrzeźwiej i od jutra szukaj nowej asystentki, odchodzę- krzyczałam na całe gardło dając upust emocją, które we mnie narastały od samego przybycia tutaj.
Odwróciłam się na pięcie, za plecami usłyszałam jak cicho wypowiada moje imię, ale się nie odwróciłam, ruszyłam prosto do wyjścia. Dopiero, gdy znalazłam się na świerzym powietrzu zdałam sobie sprawę, że płaczę.
Idealny wieczór zmienił się w koszmar. Nic gorszego chyba nie mogło mnie jeszcze spotkać.
Znalazłszy się za posesją Reynoldsa mogłam spokojnie odetchnąć. Sięgłam ręką do torebki wyciągając komórkę, mając nadzieję, że zadzwonię po taksówkę, ale nawet on odmówił mi posłuszeństwa, jakby dwie godziny temu nie mógł się rozładował.
-Po prostu świetnie- westchnęłam poirytowana.
Niektórzy to wiecznie mają pecha i idą pod wiatr. Wzięłam do rąk szpilki, czując odarcia na stopach i ruszyłam na najbliższy przystanek autobusowy.
Po przejściu 300m udało mi się znaleźć upragnione miejsce, ale okazało się, że najbliższy autobus jadący w stroną Long Beach jest dopiero o 8.00, a nawet nie wiedziałam, która jest aktualnie godzina. Nad horyzontem oznaczały się pomarańczowe pasma chmur, świadczące, że zbliża się świt, więc musiało być między czwartą a piątą. Żałowałam, że pozwoliłam Liamowi odjechać, tak straciłam szansę na szybki powrót do domu, może gdyby poszedł tam ze mną ten wieczór skończyłby się całkiem inaczej.
Usiadłam na ławce, nagle całe zmęczenie z całego dnia mnie dopadło. Oparłam głowę o szybę rozkoszując się jej zimnem. Zamknęłam oczy i czułam jak moje ciało staje się coraz ciężejsze.
-Sky, Sky?!- ktoś wypowiadał moje imię.
Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam żółte stojące Camaro na zajeździe dla autobusów. Dopiero po krótkiej chwili przyglądania sie kierowcy uzmysłowiłam sobie, kto to jest.
-Taylor? Co ty tutaj robisz?- zapytałam zdziwiona.
-Mógłbym zadać ci to samo pytanie, wskakuj, podwiozę cię, bo chyba jedziesz w stronę domu?
-Tak, oczywiście, spadasz mi z nieba- odpowiedziałam uradowana.
Od razu udałam się do samochodu, nawet nie zastanawiałam sie nad tym. W tym momencie był moim jedynym wybawieniem.
-Coś nie najlepiej wyglądasz, chyba randka sie nie udała?- powiedział zerkając na mnie, gdy wsiadłam do samochodu.
-Randka jak najbardziej się udała, a skąd w ogóle o tym wiesz?- zapytałam, w końcu nic mu o tym nie wspominałam.
Podniósł tylko brew i sie domyśliłam, że to sprawka Emmy.
-To jak na udaną randkę i tak wyglądasz tragicznie, bez obrazy, coś się stało?- usłyszałam troskę w jego głosie.
-Jak  byłam z Liamem to Ryan zadzwonił, żebym przyjechała do niego. Sprawy się trochę pokomplikowały i tak oto znalazłam się tutaj- nie byłam gotowa, żeby mu w tej chwili wszystko opowiadać- A ty, co tu robisz?
-Z kumplami z drużyny mieliśmy tutaj imprezę.
-Czyli dużo alkoholu i mnóstwo dziewczyn- podsumowałam.
-Coś w tym stylu- westchnął – Za parę dni zaczyna się dla nas sezon. Tym razem mamy zamiar zdobyć Mistrzostwo Stanów.
-O to świetnie, będziemy wam kibicować i trzymać kciuki, żeby się udało.
Wiedziałam, że można mu ufać, choć nie znałam go długo, to i tak zdobył moją sympatię. Cieszy się dobrą opinią i jest naprawdę dobrym chłopakiem, nie jest głupi i nie zrobiłby czegoś, co mógłby potem żałować. Jednym słowem Emma to szczęściara, że go odnalazła.
Po 30 minutach znaleźliśmy się pod moim domem, podziękowałam Taylorowi, wysiadając zauważyłam, że jest już całkiem jasno i sąsiedzi już wyjeżdżali do pracy.
Powoli udałam sie do łazienki i całkowicie mnie zamurowało jak zobaczyłam własne odpicie w lustrze. Taylor miał racje: tragedia, makijaż rozmazany przez płacz, włosy rozczochrane i cała sukienka pognieciona, zdjęłam ją jak najszybciej i poszłam pod prysznic, z każdą kroplą gorącej wody moje mięśnie coraz bardziej się rozluźniały. Przebrana w swoją ulubiony fioletowy top i w krótkie bawełniane granatowe spodenki udałam się prosto do łóżka, gdy tylko położyłam głowę na poduszce i zamknęłam oczy, od razu zapadłam w twardy sen.
 



1 komentarz:

  1. A myślałam, że przez to opowiadanie polubię jeszcze bardziej Ryana, ale jest odwrotnie. Mama nadzieje, ze w końcu dotrze do jego głowy, jak powinno traktować się kobiety. Ugh!
    TAYLOR! Ahahaha *-* I ma żółte camaro, jeej.
    I rozdział mi się podobał! Jak zwykle niepotrzebnie przesadzasz.
    Życzę weny na następny rozdział <3

    OdpowiedzUsuń